Fotoreporterzy

Muzeum Narodowe służy do wieszania w nim obrazów, żeby potem ludzie mogli je oglądać. Ale nie tylko obrazów. Właśnie byliśmy tam w środę i pani przewodniczka pokazała nam stare zdjęcia. Wszystkie czarno-białe! Robili je panowie fotoreporterzy. Była na nich Warszawa z czasów, kiedy jeszcze nie było naszych rodziców. Tramwaje, samochody na ulicach, jakiś dziwny stadion w tym miejscu, gdzie teraz jest Stadion Narodowy, budowa Pałacu Kultury! A myśleliśmy, że on stał od zawsze! I jeszcze były zdjęcia z innych dalekich krajów, z takich, w których ludzie w dziwnych ubraniach jeżdżą na wielbłądach.

Ale najciekawsze było to, co nam pani przewodniczka opowiadała o robieniu zdjęć kiedyś, kiedyś. Bo kiedyś nie było telefonów komórkowych, tylko takie śmieszne z dużą słuchawką i tarczą do kręcenia, ani aparatów cyfrowych. I pan fotoreporter miał aparat z kliszą w środku. I żeby zrobić zdjęcie musiał potem tę kliszę moczyć w kuwetach z czymś, pani mówiła w czym, ale zapomniałem.

Ale najfajniejszy był baaaaardzo stary aparat, który wyglądał jak skrzynka. I jeszcze w tej skrzynce była taka harmonijka do rozciągania.

A potem robiliśmy puzzle, układaliśmy starą gazetę.

Jak ktoś chce to wszystko zobaczyć, to musi się spieszyć, bo wystawa jest czynna do 12 maja.

A potem można iść na spacer na Powiśle i napstrykać tam zdjęć, jak prawdziwy fotoreporter.

 

Splendor Tkanin

Jest w Warszawie piękny budynek o ślicznej nazwie. „Zachęta”. Nazywa się tak dlatego, że zachęca do, jak mówią bardzo mądrzy dorośli, uprawiania sztuki. Czyli do malowania, rysowania, rzeźbienia i do jeszcze czegoś.

We wtorek byliśmy na wycieczce w „Zachęcie” i dowiedzieliśmy się, że sztuką może też być szydełkowanie, tkanie i robienie na drutach. Zobaczyliśmy wieeeeelkie starodawne dywany, które nazywają się arrasy i całkiem nowe rzeczy do wieszania na ścianach. Kolorowe i fajne, szkoda, że nie można ich dotykać.

Ale to, co można zobaczyć już robi wystarczające wrażenie. Na przykład wydziergana „Bitwa pod Grunwaldem”. Wielka jak ta prawdziwa. Wyobrażacie sobie? Albo gigantyczny strój kosmonauty, po którym można chodzić.

Utkanie tych wspaniałych eksponatów nie jest łatwe. Wiemy, bo też to robiliśmy. Jak już nasz pan przewodnik pokazał nam wystawę, rozdał nam małe krosienka, włóczkę, tasiemki jakieś kolorowe i robiliśmy swoje dzieła. To nieładnie się przechwalać, ale nasze prace też by się nadały na tę wystawę.

Acha, wystawa nazywa się „Splendor tkaniny” (Mamo, Tato, co to jest „splendor”?) i jest czynna do 19 maja. Chętnie byśmy poszli na nią jeszcze raz, a potem na spacer po Saskim Ogrodzie…

 

Warszawskie mosty

W czwartek jedenastego kwietnia byliśmy na lekcji w Muzeum Historycznym Miasta Stołecznego Warszawa. Pojechaliśmy tam najpierw tramwajem numer 9, a potem autobusem 226. Autobus był bardzo fajny, bo kiedy ruszył z pierwszego przystanku musiał objechać całe rondo Wiatraczna. A potem jechaliśmy na Starówkę, bo tam jest Muzeum, mijaliśmy Stadion Narodowy i misie na wybiegu, a potem przejechaliśmy mostem przez rzekę Wisłę. I poszliśmy na Rynek Starego Miasta, a po drodze minęliśmy kamiennego niedźwiedzia przy jednym kościele. Jest legenda o tym niedźwiedziu, ale to innym razem.

Muzeum jest w starej kamienicy. Weszliśmy po pięknych, kręconych schodach na górę, a tam – niespodzianka! Makieta Warszawy sprzed dwustu lat!

Oczywiście nie chodziliśmy tam tak sobie, nie. Prowadził nas pan w marynarskiej czapce. Opowiadał o warszawskich mostach. Jest ich aż dziewięć, po niektórych jeżdżą pociągi, po innych pociągi i tramwaje i samochody.

Bawiliśmy się też w śmieszną, mostową zabawę, ale to trudno opowiedzieć, lepiej pokazać w domu.

Przyszła wiosna, więc można wybrać się na wyprawę nad Wisłę, obejrzeć mosty od dołu. Najlepiej w weekend specjalną, wiślaną ścieżką:

http://warszawa.gazeta.pl/warszawa/1,34889,9519415,Odkryj_dzika_Wisle__jedyna_taka_sciezka_w_Europie.html

 

Klocek

Każde dziecko chce mieć w domu psa. Albo kota. Albo rybki. Niestety, nie każdy rodzic chce, żeby jego dziecko miało zwierzę. Rodzice tłumaczą, że dzieci najpierw chcą psa, a potem, żeby go wyprowadzić na spacer, to już nie ma chętnych.

Na szczęście czasami pies odwiedza przedszkole. Nas odwiedził Klocek. Imię ma bardzo  śmieszne, ale jest prawdziwym psem rasowym, czyli albo jamnikiem, albo pudlem, albo buldogiem, mnóstwo jest tych ras.

Klocek jest owczarkiem podhalańskim, to znaczy, że urodził się w górach. Owczarki podhalańskie pilnują owiec, które pasą się na górskich łąkach, a pan góral może wtedy spokojnie robić oscypki.

Owczarki ratują też ludzi, którym coś się przydarzy w górach. Są silne i spokojne. Nie szczekają z byle powodu i pozwalają się głaskać.

Mogliśmy sami się o tym przekonać. Klocek przyszedł ze swoją panią – panią Agnieszką i mogliśmy się z nim bawić w co chcieliśmy. Nie z każdym psem jest to możliwe.

Z Klockiem bawiliśmy się fantastycznie, ale to nie znaczy, że pies, czy inny zwierzak to zabawka. To kolega. My uczymy psy sztuczek, a one nas przyjaźni…